Futbol pod blokiem
Wspomina:
Wojciech Gaweł
W 1986 roku każdy chłopiec chciał być Diego Maradoną. Popisy boskiego Argentyńczyka na Mundialu w Meksyku sprawiły, że trawa przed blokiem przy ulicy Związku Walki Młodych 8 (dziś Jana Pawła II) w Koszalinie przestała rosnąć… Na „Gwardię” nie wpuszczali, na „Podożynkach” za duże bramki, w „Muzycznej” zawsze zajęte… Z tych właśnie powodów grupa zapalonych nastolatków boisko zrobiła sobie przed blokiem. Wystarczył kawałek solidnej murawy i cztery tornistry, które pełniły rolę słupków. Ewen-tualnie za słupki robiły cegłówki z pobliskiej budowy. W każdym razie musiało być coś stabilnego, by uniknąć sporu typu „czy piłka wpadła do budy, czy nie?”. Teraz na orlikach o kontrowersję trudno. Wtedy kłótnie o to – czy piłka odbiła się od wyimaginowanego słupka, czy nie, czy poleciała nad wirtualną poprzeczką, czy nie – były na porządku dziennym. Mecze przerywano niemal po każdej akcji – w sprzeczkach zazwyczaj zwyciężali ci, którzy mieli solidniejsze głosy, większe mięśnie… Z czasem system gry został przez nas usprawniony. Ten, kto nie mógł grać z powodu kontuzji, sędziował. Z gwizdkiem „Polsportu” i kartkami wydrukowanymi z wycinanek można zapanować nad gorącymi głowami zawodników. Graliśmy aż do zmroku. Rozgrywaliśmy mecze ligowe i międzypaństwowe. Ligowe to takie, gdy pierwsza i druga klatka grała z trzecią i czwartą z tego samego bloku. Kiedy jednak przychodzili koledzy z innego bloku, to już mecz międzypaństwowy. Inna ranga, większe wydarzenie. Bardzo przeżywane od rana w szkole… Starsi mieszkańcy bloku przy ZWM 8 z pewnością jeszcze pamiętają tę niepohamowaną zgraję – nasze szaleństwo piłkarskie dla nich było przekleństwem. Do dziś pamiętam, jak przed nami zamykano okna i balkony. Krzyki, kłótnie, piłkarskie złości i radości – to wszyst-ko mimowolnie stawało się udziałem całej społeczności bloku. Na tamte czasy nowatorski był wymyślony przez nas system „nawadniania” zawodników. Jako że opuszczenie nawet minuty meczu nie wchodziło w grę, do domu nikt nie biegał. To mamy, tatusiowie albo siostry lub bracia dbali o uzupełnianie przez nas płynów. Wołało się więc przeciągłym: „Mamoooooo, rzuć picieeeee!”. Po chwili z dziesiątego piętra na sznureczku zjeżdżał bidon z napojem. Do tych wszystkich okołomeczowych wrzasków, kłótni, z czasem doszły więc nawoływania o picie. To wszystko mogło niektórych denerwować. Ludzie wracali z pracy i chcieli odpocząć. Zamiast spokoju i ciszy słyszeli jednak „echa stadionów”. Któregoś razu jeden z sąsiadów mieszkających pod – pamiętnym – numerem drugim nie wytrzymał. Drażnił go bowiem hałas, zwracał nam uwagę, że niszczymy trawę i że na pewno prędzej czy później piłka trafi w pelargonie znajdujące się na jego balkonie. Któregoś razu postanowił zaczaić się za sklepem spożywczym, a gdy nadarzyła się okazja, buchnął nam piłkę i schował się w domu. My, młodzi piłkarze, postanowiliśmy walczyć o swoje. Ustawiliśmy się pod jego balko-nem i skandowaliśmy: „Zło-dzie-je spod dwój-ki, zło-dzie-je spod dwój-ki!”. Ta presja ze strony miłośników futbolu podziałała. Piłka wylecia.
Dawna ulica Asnyka
Wspomina:
Anna Marcinek-Drozdalska
Jedno z pierwszych wspomnień z dzieciństwa: siedzę na białym stole w jaskrawym świetle wielkiej okrągłej lampy. Obok zdenerwowana Mama i Tato, który wpadł i dał mi lśniące, piękne kasztany. Jest więc jesień. Płaszczyk mam cały we krwi, buzia poraniona, zęby – na szczęście mleczne – częściowo wybite. To rezultat zabawy w parku – jestem koniem, siostra powozi mną, chwila nieuwagi i upadek kończy się tak właśnie. Na słowo „szycie” drę się wniebogłosy, lekarz rezygnuje i jakoś goi się samo. Mieszkamy na ul. Asnyka. To mój pierwszy koszaliński adres. Asnyka 14/6, drugie piętro. Ulica jest wąska, brukowana, po obydwu stronach jezdni stoją stare, brzydkie kamienice. Mieszkanie ma dwa pokoje i kuchnię. W kuchni stoi oszklony kredens, duża kuchnia węglowa. Nie ma łazienki, mama kąpie nas w cynowej wanience. Lokalizacja świetna, samo centrum – ale nasze okna wychodzą wszystkie na jedną stronę – na podwórko Centrali Rybnej. Z tego sąsiedztwa cieszy się nasz kot, Murzyn, który na wysunięte pazury nabija śledzie leżące w beczkach na podwórku. Zapachy dolatujące stamtąd są paskudne, ale my już ich nie czujemy. W powietrzu zderza się woń ryb z innym, słodkim zapachem palonego cukru – tuż obok działa fabryka słodyczy „Bogusławka”, która w tych latach pracuje pełną parą. Na razie mam kilka lat, mój świat zamyka się w – pozornie - bezpiecznej bliskości parku, po którym uganiamy z innymi dziećmi. Na skwerku, gdzie obecnie stoi popiersie Norwida, stoi postument po dawnym pomniku, wokół którego bawimy się w berka. Obiegamy też „drzewo czarownic”, monumentalny pień, który ulegnie zniszczeniu już w XXI wieku. Bliskość rzeczki daje wiele możliwości zabaw, urokliwy staw z łabędziami lęgnącymi się w domku na wyspie – także. Zimą jeździmy na sankach po parkowych alejkach, z który wiele zbiega w dół. Odważniejsi chłopcy jeżdżą spod murów miejskich na tyłach kotłowni, co wymaga nie tylko odwagi, ale także wprawy i refleksu, by zatrzymać się przed rzeczką płynącą po drodze. W tamtych czasach chodzimy też na Górę Chełmską, gdzie istnieje stary tor saneczkowy. Jazda na nim wymaga wprawy i odwagi, gdyż prędkości są znaczne. Wracamy do domu z policzkami czerwonymi od mrozu i przemoczonymi rękawiczkami. Mama czeka na nas z gorącym kakao. Na zakręcie ulicy Asnyka jest spółdzielnia Akord, pracują tam miłe panie, którym nosimy kwiaty z naszej działki. Działkę mamy od roku 1959, wówczas jest to zaniedbany ogród w kompleksie na tyłach gazowni. Jeszcze przez jakiś czas przychodzi poprzedni właściciel, którego się boję, bo awanturuje się, że to jego działka, a odebrano mu ją za to, że ją zaniedbał. Powoli Tato karczuje klony, stare zdziczałe drzewa, buduje prowizoryczną altankę. Tę działkę mamy do dziś, choć nie ma już żadnego z pierwszych naszych sąsiadów, a sąsiedztwo gazowni też całkowicie się zmieniło. Unowocześnianie gazowni będziemy obserwować z naszej działki – widowiskowe będzie wysadzenie w powietrze charakterystycznego komina kotłowni, który na naszych oczach rozpadnie się w kupę cegieł. Chodziliśmy przez ul. Bieruta, przecinając ją na skos w miejscu, gdzie teraz jest Rondo Solidarności. Wzdłuż ulicy stały szeregiem niewysokie domki, szare i ubogie. Wracam na moją ulicę Asnyka. Biegamy wokół zaniedbanej cerkiewki i kotłowni, zbieramy polne kwiatki i wozimy lalki w wózkach. Latem biegamy przez ul. Zwycięstwa, zbiegamy stromą uliczką, gdzie za kilka lat powstanie EMPIK i kupujemy lody w piekarni. Lody są gałkowe, kosztują złotówkę i umieszczane są w wafelku w kształcie muszelki. Pani jest tak życzliwa, że i za 50 groszy sprzeda loda… Poniżej, na dole ulicy jest ogromny skład surowców wtórnych. Pamiętam wielkie góry butelek, sterty papierów i zbieraczy, którzy z ręcznymi wózkami zjeżdżają, by sprzedać swoje znaleziska. Czego tam szukamy z Mamą? Nie pamiętam. Być może w stosach makulatury Mama szuka „białych kruków”, bo i takie się zdarzają. Z Asnyka mamy blisko wszędzie. Miasto nie jest jeszcze tak rozrośnięte, nowe osiedla dopiero powstaną. Zakupy robimy w Delikatesach na ul. Zwycięstwa. Jesteśmy też klientami chyba pierwszego „samu”, który w logo ma stylizowaną postać w chusteczce na głowie i spódniczce, z koszykiem w ręku. Ten sklep mieści się na ul. Młyńskiej, na wysokości rynku. Kolejny sam mięsny powstanie na rogu rynku, blisko katedry. Z Mamą chodzimy do biblioteki. Mieści się na placu przed pocztą, ledwie sięgam brodą ponad ladę. Mama wymienia książki, które obowiązkowo są owinięte w szary papier. Takie jest moje pierwsze skojarzenie z biblioteką – długie szeregi książek oprawione w szary papier. Dla nas, dzieci, kupowane są gazetki – Miś, Świerszczyk, ponadto regularnie zapełniana jest nasza półka z książkami. Z pierwszych samodzielnych lektur pamiętam Pimpusia Sadełko, którego nieszczęsne losy spowodowały strumienie moich łez. Książki będą mi towarzyszyły od wczesnego dzieciństwa nieustannie. Z siostrą bawimy się kuchenką i garnuszkami dla lalek, kolorujemy książeczki, wycinamy ubranka, mamy misie. Dużo czasu spędzamy na dworze, nie na ulicy, bo tu nie ma się czym bawić, ale w pobliskim parku, dokąd wynosimy kocyki i zabawki. W bliskim sąsiedztwie mamy Domek Kata, wówczas jeszcze nieremontowany, cerkiewkę i kotłownię z wysokim kominem. W kredensie stoją śliczne porcelanowe zwierzątka, które zbiera Mama, ale ich rola jest raczej dekoracyjna, a nie zabawowa. W roku 1961 rozpoczynam naukę w Szkole Podstawowej nr 1, jest to poważne gmaszysko z czerwonej cegły, korytarze i schody wyłożone lastrico, wewnątrz zapach niezbyt przyjemny. Wzdłuż korytarza wiszą wieszaki, na których zostawiamy płaszcze. Szatni nie ma. Woźny Dudziński budzi w nas respekt, przechadza się z ręcznym dzwonkiem, gdy nie działa elektryczny. Na szkolnym podwórku jest kran, z którego nalewamy wody do papierowych torebek z oranżadą w proszku. Na długiej przerwie biegamy na ul. Armii Czerwonej do budki z lodami pingwin. To niegrube, żółte pałeczki pakowane z papier pergaminowy, z drewnianym patyczkiem. Smakują słodko – śmietankowo. W dzisiejszych lodach nie sposób odkryć tego smaku. Moją pierwsza „panią” jest Stanisława Emme, która uczy nas wszystkiego. Gdy idę do szkoły, umiem już czytać i nauka nie sprawia żadnych problemów. Pierwszą klasę kończę z nagrodą. Jest to urocza książeczka „Przygoda misia”, którą mam do dziś. Na zdjęciu z zakończenia roku szkolnego dumnie prezentuję nagrodę oraz wiązankę goździków dla Pani. Na koniec II klasy otrzymuję „Koraliki dla Ludwiki”. To jednak są takie czasy, gdy dzieci wolno karać, nawet fizycznie. Bicie „po łapach” linijką jest na porządku dziennym. Po którejś z kolei mojej skardze Mama bez słowa zabiera mnie z „jedynki’ i przenosi do Szkoły Ćwiczeń. Tu zaczynam trzecią klasę. Kierowniczką jest pani Maria Rogalska, osoba o wielkiej kulturze osobistej, takcie i wrażliwości. Myślę, że to jej osobowość miała wpływ na całą szkołę i grono pedagogiczne. Szkoła jest „polem ćwiczebnym” dla słuchaczy Studium Nauczycielskiego. Jesteśmy więc oswojeni z młodymi ludźmi, którzy przysłuchują się lekcjom i z faktem, że często naszych nauczycieli zastępują osoby nam nieznane. Nie mamy nic przeciwko temu, by „na nas” uczyli się być pedagogami. Pani Rogalska uczy nas języka polskiego, pani Tałanda – historii, pani Nitka – biologii. Plastykę mamy z panią Zawierowską. Jeszcze przed pójściem do szkoły zaczynam naukę gry na fortepianie. Najpierw pobieram prywatne lekcje u pani Henryki Dutkiewiczowej w domku na ul. Morskiej, potem zaczynam naukę w szkole muzycznej usytuowanej na ówczesnej ulicy Lampego. Po latach będzie tam Młodzieżowy Dom Kultury. Rodzice kupują pianino, na którym wraz z siostrą Basią ćwiczymy gamy i wprawki. Lubię zajęcia umuzykalniające, ale boję się publicznych występów, które dajemy dla rodziców, by zaprezentować nasze umiejętności. Śpiewam w chórze prowadzonym przez pana Spiryna. Po kilku latach mam jednak dość tej nauki i wypowiadam rodzicom posłuszeństwo. Na szczęście obywa się bez wielkich targów i moja przygoda z nauką muzyki kończy się. Beztroskie dzieciństwo przełamują choroby i drobne wypadki, jak ten wspomniany na początku. Gdy mam kilka lat siostra łamie rękę, wówczas przeczekuję u fryzjera Jóźwiaka, który ma zakład po drugiej stronie ulicy. Niestety, uboczną strona tej wizyty, gdy muszę odsiedzieć tam kilka godzin, gdy Mama jedzie z siostrą do szpitala są wszy, z którymi wracam do domu. Na szczęście walka z nimi jest dość szybka i skuteczna, ale niesmak pozostaje. Ogromny przeżyciem są dla nas zastrzyki i stawianie baniek w domu, co robi pielęgniarka pani Sieklucka (zwana starą Siekluką) której bardzo się boimy. Ciężko przechodzę miesięczny pobyt w szpitalu, do którego kieruje mnie urolog dr Karaśkiewicz, mający prywatną praktykę w centrum miasta. Mam wówczas pięć lat, zapalenie nerek i nikt nie patyczkuje się z chorymi dziećmi, do których nie dopuszcza się rodziców. Jestem osamotniona, zrozpaczona, dostaję nerwowych tików, aż któregoś dnia, gdy siedzę na stole przy oknie widzę Mamę, która idzie do szpitala. Ma na sobie futrzaną rudą kurteczkę. Już nie ma takiej siły, która mogłaby mnie zatrzymać. Wybiegam na schody i dopadam do Mamy. Personel dochodzi do wniosku, że lepiej nas nie rozdzielać. Siedzimy na schodach na podłożonej poduszce, a Mama wyjmuje słodycze i drobne zabaweczki na pociechę. Ten pobyt w szpitalu opłacę potem wizytami u psychiatry doktora Semmlera, który będzie wyciągał mnie z traumy poszpitalnej. Po powrocie ze szpitala wita mnie zestawik mebelków dla lalek- żółty plastik i różowa gąbeczka. Są śliczne, dla małych laleczek Nie lubię też dentysty. Chodzimy do pani Pluteckiej, która mieszka i ma gabinet naprzeciw liceum Dubois, na ul. 1 Maja 38. Wizyty nie są przyjemne, ale z zabiegami wokół uzębienia jestem oswojona, gdyż od 6 roku życia chodzę do ortodonty. Jest nią Krystyna Swulińska, mieszająca w willi na skarpie przy ul. Kościuszki, gdzie obecnie mieści się Fundacja Ochrony Środowiska. Dom jest przestronny, a ja pomagam w nauce jej pasierbicy Marysi, która przyjechała z Anglii i z trudem się aklimatyzuje. Ważnym przeżyciem jest pożar na Asnyka, który powstaje na strychu. Pamiętam tatę, który z wiadrem oczekuje pojawienia się ognia , płaczę, rozmazuję łzy po kuchennym stole i pocieszam się słodkimi „rybkami’, miękkimi landrynkami, z których najbardziej lubię te migdałowe. Wielkim specjałem są cukierki Wedla, kupowane w firmowym sklepie na ul. Zwycięstwa. Sklep oszałamia słodkim, czekoladowym zapachem. Oparta o ladę obserwuję, jak działa wielki młynek do kawy, uruchamiany na życzenie klienta dla zmielenia 100 gramów ziaren. Przed kamienicą z wedlowskim sklepem jest wejście w głąb podwórza, wspinamy się po kocich łbach do pralni chemicznej. Tu na obrotowym wieszaku przesuwają się ubrania, a mama odbiera płaszcze lub wełniane sukienki, których nie można prać w wodzie. Chemiczne i benzynowe zapachy nie są przyjemne, okolica pralni też nie. Gdy skręcimy w Jana z Kolna, trafimy na zakład fotograficzny. Prowadzi go pan Solczak, znajomy taty. Nie lubię się fotografować, szczególnie nie lubię ustawiania główki, oświetlania silnymi lampami i oczekiwania na uśmiech. Ściany atelier usytuowanego w prywatnym mieszkaniu fotografa zdobią liczne fotografie – portrety. Są tam kobiety w kapeluszach, pary świeżo poślubionych małżonków, dzieci… Część tych postaci ma dorobione różowe policzki i niebieskie oczy. Wtedy wszystkie fotografie są jeszcze czarno-białe. Tato miło rozmawia z panem Solczakiem, wybiera zawsze puste rolki po filmach, do których przekłada kupione klisze. Po latach, gdy powstawać będą nowoczesne zakłady fotograficzne, ja nadal będę chodzić do pana Solczaka, potem firmę przejmie jego syn, a którego dnia, gdy pójdę zrobić sobie fotografię do dowodu, już przed drzwiami wejściowymi zauważę, że znikła tabliczka z budynku. Nie wejdę więc i nie będę miała odwagi zapytać, dlaczego… Chodzimy z tatą też do zakładu pana Nitki, na rogu Bogusława II. Wejście jest po kilku schodkach, a w zakładzie pachnie smarem maszynowym. Pan Nitka, zawsze w granatowym fartuchu naprawia maszyny do pisania i maszyny do szycia i pewnie nie ma takiego sprzętu, któremu nie dałby rady. Tato czasem nosi do niego coś do naprawy, a czasem po prostu przystaje, by porozmawiać. Radzi się też w kwestiach napraw domowych, które bardzo lubi przeprowadzać sam. W pewnej chwili nasze stare mieszkanie na Asnyka zyskuje na komforcie. Tato buduje na stryszku namiastkę łazienki, jest to tylko sedes, ale podnosi znacznie jakość życia codziennego. Duży strych natomiast, usytuowany nad mieszkaniem, to rozległe pomieszczenie z malutkimi okienkami, ze sznurami na pranie, pachnący kurzem wirującym w słonecznym blasku wpadającym przez okienka pod dachem. Bocznymi schodami można zejść na podwórze. Prosto z mieszkania wchodzi się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie królują półki na przetwory, ale także hałda węgla. Palimy w piecach. Tylko nieużywane drzwi w dużym pokoju wskazują na to, że pierwotnie było to większe, a teraz podzielone, mieszkanie. Przeprowadzamy się w roku 1966. Trzypokojowe mieszkanie na ul. Bałtyckiej oszałamia nas swoim wykwintem. Jest to ostatni budynek w mieście. Dalej tylko pola. Co prawda do kuchni wchodzi się z dużego pokoju, ale jest balkon z widokiem na rozległą, niezabudowaną przestrzeń ( po latach będzie to ul. Gierczak), łazienka i piwnica. No i centralne ogrzewanie, a nie piece. Jedziemy samochodem ciężarowym z meblami i popakowanymi w kartony i worki drobnymi rzeczami, na kolanach trzymam kota Murzyna, jedziemy na skróty przez powstające osiedle, przecinamy przestrzeń, na której powstaje restauracja Zorza i cały pawilon usługowo – handlowy. Na razie jest to pusta, rozjeżdżona przestrzeń, w której nic nie zapowiada jej przyszłego przeznaczenia. Lokalizacja mieszkania wydaje nam się strasznie odległa od centrum – bądź co bądź mieszkaliśmy w samym środku miasta. Tymczasem z ulicy Bałtyckiej w 10 – 15 minut można dojść do śródmieścia, nie jest więc źle. Ale do szkoły dojeżdżam już autobusem. Wysiadam pod „jedynką” i dalej idę pieszo przez ul. Racławicką. Będę unikać ulicy Asnyka. Powoli znikną stare kamienice, Centrala Rybna, Bogusławka. Dziś nie ma śladu po dawnej zabudowie, po budynkach i brukowanej jezdni.
Kiedyś to było życie!
Wspomina:
Zygmunt Linke
Czy rzeczywiście? Mówi się, że nam emerytom dawne lata pozostają w pamięci jako okres przewagi dobrych stron nad tymi, mniej pozytywnymi. Byliśmy młodzi, zdrowi, piękni. Świat stał przed nami otworem. Mogliśmy jeszcze próbować ruszyć z posad bryłę świata. Cofnijmy kalendarz o 30 lat. Mamy PRL i rok 1977. Poprawiamy sobie samopoczucie stwierdzeniem: życie zaczyna się po czterdziestce! Średnia płaca w kraju wynosi 4 600 zł „na rękę”. Przeszło dwa razy więcej niż dziś. Podatków nie płacimy! Jest maj. Idziemy ulicą Zwycięstwa. Koło katedry stoi saturator. Szklanka wody sodowej kosztuje 50 gr. Zamożniejsi fundują sobie ze sokiem za 1,50 zł. Nikt nie obawia się AIDS czy jakiejś tam ptasiej grypy pijąc z byle jak opłukanej szklanki. Po drugiej stronie ulicy kroczy dumnie rodaczka z wieńcem rolek papieru toaletowego. (To ten wyprodukowany przez zakłady im. Jarosława Dąbrowskiego, jednego z przywódców Rewolucji Paryskiej. - Na co to mu przyszło!) - Podbiegamy z pytaniem: gdzie dają? Odpowiedź: to na talony, za makulaturę. Przypominamy sobie przy okazji, że w domu musimy dopilnować zbiórki tubek po paście do zębów. Jest tylko Nivea i nie trzeba sobie łamać głowy z wyborem. Przybiega sąsiadka: rzucili pomarańcze! Kilogram 40 zł. Co wybrać? Pomarańcze czy wołowinę? Kilo wołowiny kosztuje 30 zł, kilo łopatki wieprzowej 40. Winogrona będą dopiero w październiku. Pełni wątpliwości zasiadamy do kawy. Wystaliśmy ją po 60 zł za paczkę 100 gramową. Z dumą myślimy - za mój miesięczny zarobek mogę kupić 8 (osiem!) kilogramów kawy! Jest sierpień. Dostałem paszport, mogę jechać i zobaczyć zgniły kapitalizm. Wypełnienie 8 stronicowego wniosku, złożenie go na ul. Krakusa i Wandy, odbiór i oddanie po powrocie samego paszportu, zajęło mi w sumie tylko 17 godzin. Jadę do rodziny, do Austrii. Co wybrać na prezenty? Łatwo dostępny ocet? Udało się! Po znajomości dostałem bombonierkę Wedla, dziś 22 Lipca. To będzie dla cioci Anny. Niestety! Na drugi dzień po wręczeniu prezentu, ciocia stwierdza: „wiesz, te twoje pomadki są przeterminowane. Mam słaby wzrok, ale zobaczyłam datę 22 lipca”. Ciocia ma 80 lat, ostatni raz była w Polsce po pierwszej wojnie światowej. Oderwana od zmian w naszym kraju. Są u nas i zadowoleni z 22 lipca. Ogłoszono właśnie z tej okazji amnestię. Moja „czterdziestka” dawno minęła, a jeszcze jestem stanu wolnego. Muszę zatem płacić „bykowe”, podatek za kawalerski stan. Może to nie takie złe. Para rajstop kosztuje 85 zł, czyli więcej niż ten podatek. Za tę cenę mogę kupić pół litra wódki albo 30 kg ziemniaków i samemu próbować coś z tego zrobić. Potrzeba jednak sporo cukru. Na kartki, które wprowadzono w ubiegłym roku, dostaję 2 kg miesięcznie po cenach tzw. oficjalnych. Są jeszcze ceny komercyjne. Prościej pójść do Pewexu, tam „Żytnia” kosztuje 1 dolar w bonach Pamiętajmy - dolarów nie wolno mieć w domu, jest karalne, najwyżej w banku. I tak u nas lepiej niż w Rumunii. Oni muszą obcą walutę trzymać w banku i jeszcze za to trzymanie płacić. Nawiązując do wody sodowej i rajstop. Tu też leży jedna z przyczyn naszego dzisiejszego bezrobocia. Zniknęły punkty repasacji pończoch, stoiska z saturatorami, punkty ładowania syfonów wody sodowej, napełniania długopisów, funkcja „staczy” w kolejkach, cinkciarzy przy kantorach, koników przy kinach. Coraz mniej dziś szewców, krawców, zegarmistrzów, naprawiaczy aparatów radiowych i telewizorów. Nic nie chce się psuć prócz naszego zdrowia i polityków. Wracam do roku 1977. Gdybym miał wtedy żonę, chciałaby mieć pewnie ostatnie osiągnięcie naszej techniki, pralkę wirnikową „Franię” z wyżymaczką za 1 500 zł, a może i na dodatek odkurzacz o podobnej cenie. Czy nie lepiej kawalerowi odkładać swoje zarobki przez kilka miesięcy i kupić dosadnego co do wagi, kolorowego (!) radzieckiego „Rubina” ? Kosztuje 22 tysiące zł. Może być na raty zaciągnięte w ORS-ie i wieść potem przez kilka miesięcy, jak się wtedy mawiało, „orsane” życie. Mamy dwa programy TV do wyboru (ten drugi dopiero po południu) i ciszę w domu za przekręceniem pokrętła. Przy okazji, - w USA stwierdzono, że wprowadzenie w miejsce tych pokręteł pilotów do aparatów telewizyjnych, radiowych i innych nowoczesnych urządzeń elektronicznych, zwiększyło średnią wagę Amerykanina o 4 kg. ( Koleżanki, weźcie to pod uwagę! ) Władza PRL dba o nas, pilotów nie mamy. Może to za sprawą podpisania w tym roku przez Radę Państwa, za zgodą KC z tow. Gierkiem na czele, Międzynarodowego Paktu Praw Człowieka. Zamordowano wprawdzie w Krakowie studenta UJ Staszka Pyjasa, ale ogłoszono krótko po tym amnestię. Dla sprawców? Przecież ich nie znajdą. Radom już wyleczył chyba skutki „ścieżek zdrowia” serwowanych bezpłatnie przez MO, powstał KOR, zaczęła wydawać książki w podziemiu niezależna oficyna NOWA, Wajda skończył „Człowieka z marmuru”, a Polański został właśnie skazany za gwałt na nieletniej. Różne zainteresowania mają nasi reżyserzy. Naprawdę ciekawy ten 1977 rok. Np. w Koszalinie powstało nauczycielskie koło emerytów o mickiewiczowskiej liczbie, 44. Ale mam jeszcze trochę czasu. Zmiany nie ominęły miejsca mego urodzenia. Po dwudziestu latach starań, wybudowano w Nowej Hucie, w pierwszym polskim socjalistycznym mieście, pierwszy kościół. Właśnie konsekrował go, nieznany mi wtedy, biskup krakowski Karol Wojtyła. Długo miałem z tym miejscem urodzenia problemy. Przed wojną, czyli za Polski sanacyjnej, (jak ją nazywano przez 40 lat, dziś II RP), na szkolnych świadectwach wpisywano mi: Krzesławice. W czasach PRL w zielonym dowodzie widniała Nowa Huta, w III RP, w nowoczesnym plastikowym dowodzie komputer wydrukował – Kraków. Na szczęście, na tym ostatnim, dla mego rocznika umieszczono okres ważności – „nieoznaczony” , czyli nie będę musiał uczyć się swego życiorysu po raz czwarty na nowo. Wracam do „Rubina” i marzeń. Postawiłbym go w meblościance na wysoki połysk, którą wystałbym w całodobowej, społecznej kolejce. Może wytrzyma te 50 kg. wagi radzieckiego tłuściocha. Natychmiast też ubezpieczyłbym mieszkanie, bo te rubinki lubiły wybuchać. Naprawiać ich wystarczy raz w roku, a kineskop wytrzymuje nawet i trzy lata. A może kupić radio? Np. taką „Wandę”. Też rodzaj żeński. Już bez lamp, na tranzystorach. Mniejsze wydatki, cisza w domu, kiedy tylko się chce. - Usiąść sobie w wystanym wcześniej fotelu, sięgnąć do niezawodnej radzieckiej lodówki „Mińsk” po najlepszego w owy czas loda „Calypso”, włączyć naszą „Wandę” i posłuchać: Cysorz, ten ma klawe życie. Wspominający te piękne czasy w roku 2007, już XXI wieku, emeryt Zygmunt Linke
Wspomnienia o Pani prof. Czesławie Żądło
Wspomina:
Maria, Alicja i Adam Siwulowie - byli nauczyciele Liceum Pedagogicznego w Koszalinie
1 marca 1988 r na Cmentarzu Komunalnym w Koszalinie pożegnaliśmy zmarłą 27.II.1988 r. śp.Czesławę Żądło - pierwszego Pedagoga , Pionierkę Koszalina przybyłą na naszą Ziemię w sierpniu 1945r. Urodziła się 31.X.1900 r. we Lwowie. Tam ukończyła szkołę powszechną ,średnią oraz wyższą - Konserwatorium Muzyczne. Tuż po studiach podjęła pracę w I- ym Państwowym Gimnazjum im .Józefa Piłsudskiego w Stryju jako nauczycielka muzyki i śpiewu chóralnego a w latach 1927 – 39 w II- im Gimnazjum w Stryju . W kolejnych latach t.j.1939-41 pracowała w 10-letniej Szkole w Stryju. Po przyjeździe do Koszalina w sierpniu 1945 r zamieszkała przy ulicy Połtawskiej 6 na I piętrze , nie zmieniając adresu do dnia zgonu . Z dniem 1. IX. 1945 r. Kuratorium Szkolne w Szczecinie skierowało Ją do pracy w Państwowym Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im . ST . Dubois w Koszalinie . W latach 1949-50 pracowała w Ogólnokształcącej 11-letniej Szkole TPD w Koszalinie przy ul.Jedności 9 a latach 1950-54 podjęła pracę w Państwowym Gimnazjum Administracyjno-Handlowym i Państwowym Liceum Krawieckim w Koszalinie. Dom Jej często odwiedzali zaufani koledzy, uczniowie i przyjaciele , z którymi chętnie dzieliła się pasją muzyczną i umilała słuchaczom czas mazurkami , polonezami Chopina , stylizowanymi etiudami , wracając wspomnieniami do pięknie przeżytych przez siebie lat i miejsc. Jak duże zapotrzebowanie było w nowym , polskim Koszalinie na nauczycieli o wyso- kich kwalifikacjach świadczą angaże podpisane w maju i sierpniu 1945 r. przez Szczecińskiego Kuratora - prof. Helsztyńskiego dla Edwarda Piekutowskiego -matematyka i Czesławy Żądło – muzyka . Z chwilą powołania Liceum Pedagogicznego w 1951 r. Kuratorium Oświaty i Wychowania w Koszalinie skierowało bezzwłocznie Czesławę Żądło na etat nauczyciela muzyki ,śpiewu i chóru . Nauczanie tych przedmiotów było priorytetowe w kształceniu przyszłych nauczycieli . Pracowała w tymże Liceum do 1969 r. tj . do likwidacji liceów pedagogicznych. Ocenę przebiegu i zaangażowania zawodowego śp .Czesławy ilustrują wypowiedzi przełożonych , uczniów - absolwentów i kolegów – nauczycieli zamieszczane w prasie i okolicznościowych wydawnictwach, dostępnych w archiwach i bibliotekach. Jedna z Jej uczennic ,z pierwszych lat nauki w LO,,Dubois”w Koszalinie - Maria Roszak tak wspomnia Profesor Czesławę Żądło,, dla której najważniejszy był śpiew…Przyjemnością było śpiewanie w Jej chórze ,branie udziału w akademiach ku czci...Biada , jednak temu , kto ośmielił się fałszować…” Dyrektor Jan Laskowski w 1950 r. w piśmie wysłanym do władz napisał :,,Profesor Czesława Żądło - PPS - członek zarządu , dobra nauczycielka śpiewu . Energiczna i nadzwyczaj sumienna .Wyniki osiąga bardzo dobre”. Z okazji 15-lecia LO Dubois – pierwszej w województwie szkole średniej Dyrektor Jadwiga Jelec wspomina , że Ona ,, i Pani Czesława Żądło są dziś jedynymi osobami z pedagogów , które pamiętają pierwsze dni Szkoły”. O pracy pedagogicznej w Liceum Pedagogicznym w Koszalinie wypowiada się absolwentka -Zofia Korczyńska –Szrubka /Hałabura/ w 2014 r.- we Wspomnieniach” - str .45: ,,Pani Prof. .Czesława Żądło była nauczycielką bardzo wymagającą i zdystansowaną ,rzetelnie wykonywała swój zawód ,dbała o dyscyplinę .Na lekcji było tak cicho, że było słychać lecącą muchę . Miała bardzo słaby wzrok , nosiła okulary o grubych szkłach, za to słuch miała niezwykle wyostrzony . Słyszała nawet szepty z ostatniej ławki. Bardzo się starała , żeby zachęcić nas do przyswojenia wiedzy z muzyki i kultury ogólnie pojętej”. Autorka tego opracowania wspomina ,że mieszkała w tym samym domu co Pani Profesor. Kiedy poznała Ją bliżej, Profesor zyskała dużo więcej w jej oczach . Jej sposób bycia , zachowania , piękna polszczyzna , którą mówiła były świadectwem wysokiej kultury i niebywałej wiedzy.” Inni absolwenci Liceum Pedagogicznego wspominają Ją jako starannie wykształconą osobę, niesamowicie oczytaną ,o szerokich horyzontach filozoficznych , znającą łacinę ,grekę i język francuski. Pięknie grała na fortepianie , pianinie , skrzypcach , gitarze i man -dolinie . Bywało , że dla uczniów w nagrodę za ich dobre przygotowanie do lekcji i odrobione ćwiczenia muzyczne koncertowała ze swadą . Była osobą po przykrych doświadczeniach wojennych i napadach nacjonalistów na Polaków w Stryju. W 1967 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim I Klasy. W uznaniu Jej zasług w kształtowaniu wrażliwości i umiejętności muzycznych młodzieży koszalińskiej z inicjatywy Klubu Pionierów Koszalina – p .p. Marii Hudymowej i Lesława Mytnika władze miasta na czele z ówczesnym Prezydentem Mirosławem Mikietyńskim w 2008 roku ufundowali tablicę , którą wmurowano w holu korytarza I LO im .St .Dubois w Koszalinie. Na tej tablicy upamiętniono kilkoro organizatorów i nauczycieli I LO , którzy rozpoczęli pracę w 1945 r. – Leonia Kalinowska – I-sza dyr. Szkoły, Jan Laskowski – II-gi dyrektor ,Jadwiga Jelc –III-ci dyrektor, ks.Ryszard Łapiński, Roman Sierociński ,Edward Piekutowski i Czesława Żądło. Czesława Żądło dotarła do Koszalina ze swoją ciocią – Anną Popielnik , która się nią opiekowała i prowadziła dom .Ciocia zmarła 9.07.1973 r. i jest pochowana z Nią w jednej mogile. Czesława Żądło zmarła 27.02.1988 r. Zaprzyjaźnionym osobom , którym zaufała i dla których Jej dom był zawsze otwarty zwierzyła się z nostalgią , że rodzice stworzyli Jej zasobny, ciepły i kulturalny dom , o szczególnych humanistycznych zasadach . Kiedyś z ogromnym bólem w głosie , bez komentarza i jakiegokolwiek wyjaśniania okoliczności , nadmieniła , że pewnego dnia ślad po nich zaginął .Osieroconą Czesławą zaopiekowała się Anna Popielnik. Z wielu wspomnień i rozmów z Czesławą wynikało , że nie miała rodzeństwa ani rodziny w kraju ani na wschodzie . W związku z nie kontynuowaną opłatą miejsca pochówku w grudniu 2014 r .Zarząd Cmentarza w Koszalinie ogłosił likwidację Jej grobu. W celu nie dopuszczenia do tego faktu absolwenci i żyjący jeszcze nauczyciele Liceum Pedagogicznego im. Władysława Spasowskiego oraz Dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. St. Dubois p. Rafał Janus , Prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina Maciej Spruta , Zygmunt Linke , Maria i Adam Siwulowie , Zygmunt Kulczewski - były Kurator Oświaty i Wychowania w Słupsku oraz Stanisław Polańczyk – były Kurator Oświaty w Koszalinie postanowili zadeklarować dobrowolne kwoty pieniężne na renowację zniszczonego pomnika i miejsca pochówku. Postanowiono , że datki darczyńców będą rejestrowane przez Stowarzyszenie Przyjaciół Koszalina Spontaniczna inicjatywa przyniosła nieoczekiwany efekt ale zebrana suma nie jest wystarczająca na wykonanie pomnika , którego autorem jest znany i ceniony artysta rzeźbiarz dr Zygmunt Wujek - wykładowca Politechniki Koszalińskiej .Wybrany projekt przedstawia postać kobiety - uosobienie łączności Polaków ze Lwowa i całych kresów wschodnich z mieszkańcami Pomorza Zachodniego, którzy w 1945 roku przystąpili do zagospodarowywania tych ziem. Plac mieszczący się w kwaterze XI , rząd XII , miejsce 30 zostanie utwardzony i odpowiednio przygotowany do spotkań ze zmarłą Czesławą Żądło – symbolizującą przeszłość i więź historyczną z Lwowiakami oraz Kresowiakami . Miejsce to może w przyszłości stanie się symbolem tych , którzy tworzyli szkolnictwo na Ziemi Koszalińskiej po 1945 r.
Moje miasto Koszalin
Wspomina:
Teresa Soroka
Tak mogę powiedzieć, gdyż z Koszalinem związana jestem od kilkudziesięciu lat (z krótką przerwą). Mieszkałam z rodzicami we wsi niedaleko Koszalina i często ojciec zabierał nas do miasta. Stały kontakt jednak mam od września 1952, kiedy to rozpoczęłam naukę w Liceum Pedagogicznym przy ul. Jedności. Pamiętam, jak zrujnowane było miasto po wojnie. Ten okres najbardziej mi zapadł w pamięci. Codziennie przez cały szkolny rok przemierzałam ulicę Zwycięstwa od dworca autobusowego do parku. Po drodze mijałam pozostałe po wojnie budynki, zniszczone, niektóre jednak w miarę ocalałe. Tam, gdzie dziś jest Moda Polska były zrujnowane domy, tylko w suterenach rozwijał się cały handel. Można było kupić przede wszystkim garderobę. Przy katedrze był sklep obuwniczy (teraz stoi tam pomnik Jana Pawła II). Tam oferowano bardzo ładne obuwie - głównie ze skórki, ale też bardzo drogie. Buty dla mnie kosztowały całą miesięczną pensję mojego ojca, który był leśniczym. Do szkoły skręcało się z ul. Zwycięstwa przed parkiem, ale za nim tam dotarłyśmy z koleżankami najpierw wstępowałyśmy do małej piekarni po świeże ciepłe bułeczki - to był rarytas. Do matury w 1965r. przygotowywałyśmy się w ciepłe dni na obrzeżach cmentarza niemieckiego - obecnie jest to park z biblioteką. Można było tam zobaczyć jeszcze zniszczone płyty nagrobkowe. Mogłabym wybierać wiele takich miejsc zrujnowanych w czasie wojny oraz nie włączonych do miasta. Koszalin był małym, spokojnym miasteczkiem przed wojną - można to zobaczyć na starych rycinach i widokówkach. Koszalin powoli zmieniał się. Początkowo wielu z nas dziwiło się, jak szybko np. pola uprawne zamieniano na wielkie osiedla mieszkaniowe. Obecnie miasto jest wręcz niepodobne do tego z lat 50-tych. Z roku na rok staje się piękniejsze i atrakcyjniejsze, a ja nie mam ochoty z nim się rozstawać. Przez te kilkadziesiąt lat mojego związku z Koszalinem bardzo jestem do niego przywiązana i czuję się tu bezpieczna. Bo jestem u siebie w domu.
Czyn społeczny
Wspomina:
Teresa Senio
Jesienią w latach sześćdziesiątych, w ramach czynu społecznego sprzątaliśmy miejsce przed Ratuszem koszalińskim. Praca była ciężka, wszystko robiło się ręcznie, nie było koparek, ładowarek, czy innego ciężkiego sprzętu. Od Ratusza do okolic obecnego muzeum przy ul. Młyńskiej ułożone były prowizoryczne tory, a na nich jeździł wózek. Pod Ratuszem wsypywaliśmy na niego gruz i pchałyśmy w okolice muzeum za mostkiem, tam był wysypywany. Teraz wydaje się to śmieszne, jak kobiety machały łopatami i sprzątały plac z gruzu i piachu. Ale praca w czynie społecznym, w tamtych czasach dawała radość i zadowolenie. Miałam poczucie, że zrobiłam coś dobrego, pożytecznego, przynoszącego wszystkim korzyści. Pamiętam też obowiazkowe pochody 1 maja. Było fajnie, ale z przymusu.
Dom na Lechickiej
Wspomina:
Witold Danilkiewicz
Dwupiętrowa poniemiecka willa prawie na końcu ulicy, po prawej stronie tuż przed strzeżonym przejazdem kolejowym Koszalin - Białogard. Przy bramie wjazdowej dwie duże lipy. Przed domem ławeczka, a dookoła zadbany ogródek pełen kwiatów. Jeszcze dziś czuję te wszystkie zapachy. W maju dominowały bzy. Latem róże i maciejka. Późnym latem i jesienią dalie, rudbekie i chryzantemy. Mieszkaliśmy na parterze w dużym, trzypokojowym i jak na tamte czasy komfortowym mieszkaniu. Z mieszkania można było wyjść bezpośrednio przez werandę do sadu. Było to bardzo wygodne i korzystaliśmy z tego przez większą część roku. Jedynie zimą drzwi były zamknięte. Od wczesnej wiosny do jesieni, zwłaszcza w słoneczne dni, weranda miała największe powodzenie. To było miejsce wypoczynku, spotkań z przyjaciółmi przy kawie i cieście, które moja mama piekła nieomal w każdą sobotę. Szarlotki, serniki, ciasta drożdżowe i torty kawowe cieszyły się wielkim powodzeniem. Z lewej strony patrząc od ulicy były sady należące do lokatorów. Po prawej duże podwórko sąsiadujące z polem gdzie uprawiano warzywa, głównie na własne potrzeby. Jeszcze dalej był teren wojskowy ogrodzony wysokim płotem. Wcześniej były tam też działki. Po odebraniu działek, wojsko wybudowało tam niewielkie magazyny chronione przez wartowników całą dobę. Na przeciwko domu mieściła się Pierwsza Zachodniopomorska Spółdzielnia Mechaników Samochodowych, później przemianowana na Fabrykę Urządzeń Budowlanych, a obecnie Fabryka Maszyn Bumar, granicząca z dużymi terenami Pracowniczych Ogrodów Działkowych. Dzisiejsza Lechicka w niewielkim stopniu przypomina mi tą zapamiętaną z dzieciństwa. Wtedy to po obu stronach ulicy od skrzyżowania z Łużycką aż do Niekłonic rosły piękne stare klony. Wiosną, kiedy kwitły, słychać było głośno jeden wielki koncert owadów, które uwijały się wokół zbierając słodki nektar. W maju z kolei dominowały chrabąszcze. Jako dzieci mieliśmy nie małą frajdę zbierając je do pudełek i przyglądając się im dokładnie. Latem klony dając cień chroniły nas przed prażącym słońcem. Jesienią przebarwiały się wszystkimi kolorami jesieni od odcieni żółci po intensywną czerwień. Stąpając po opadłych liściach szło się jak po miękkim szerokim dywanie. Czasami zbierałem kilka tych najładniej przebarwionych i wkładałem do książek. Zasuszone stanowiły oryginalną zakładkę. Jedynie zimą drzewa wyglądały może smutno, ale za to bardzo dostojnie. W połowie lat 60-tych niestety wycięto jedną stronę aż do przejazdu kolejowego. Na ich miejscu ustawiono słupy oświetleniowe. W następnym roku wycięto drugą stronę. Po co? Nie wiem do dziś. Podobno w przyszłości miano poszerzać ulice. Mieliśmy, więc ulice oświetloną, co na pewno było potrzebne, a zarazem jednak w pewien sposób okaleczoną. Gdzie dziś znajduje się osiedle domów komunalnych i dalej Osiedle Młodych, aż do przejazdu wąskotorówki były łąki i pola uprawne. Nie ma już tam kilku domków jednorodzinnych, które miasto wykupiło od właścicieli. Był tam też domek, który mój ojciec i jego rodzina po długich staraniach dostali od państwa, jako rekompensatę za mienie pozostawione na Wschodzie. Po lewej stronie, na wysokości skrzyżowania z ulicą Kolejową mieszkał kowal. Był niskiego wzrostu i dość tęgi. Nazwiska nie pamiętam. Z tyłu parterowego domu miał kuźnię. Bywało, że podchodziłem dość blisko, aby przypatrzyć się jak kuł konie. Były jeszcze dwie kuźnie w Koszalinie, które zapamiętałem. Jedna na rogu ulic Dzieci Wrzesińskich i Zwycięstwa, następna na ulicy Bieruta (obecnie Połczyńska). Dość częste przejazdy pociągów wąskotorówki wzbudzały zawsze wielkie emocje u przechodniów i kierowców, zwłaszcza te ciągnione przez małe parowoziki z końca XIX i początków XX wieku. Z podziwem przyglądano się, z jaką siłą i szybkością ciągnęły długie i ciężkie składy towarowe. Było to głównie drewno, cysterny i płody rolne. Samowarek albo ciuchcia jak ją potocznie wtedy nazywano cieszyła się wielką sympatią nie tylko mieszkańców ulicy Lechickiej. Żal bardzo, że po jej likwidacji większość zabytkowego przecież taboru zezłomowano lub wywieziono. Moja wielka fascynacja kolejką trwa do dziś, ale o tym napiszę później. Za przejazdem wąskotorówki idąc w kierunku FUB-u, czyli obecnego Bumaru po lewej stronie znajdowała się jednostka wojskowa ogrodzona dość wysokim murem. W domu zaraz za bramą na parterze była wartownia, a u góry mieszkania podoficerów zawodowych. Całkiem z tyłu i prawie niewidoczne z ulicy były duże magazyny wojskowe. Naprzeciwko jednostki była bocznica kolejowa należąca również do wojska. Dowożono tu cysternami kolejowymi paliwo, które częściowo magazynowano. Zaraz za jednostką wojskową był olbrzymi elewator zbożowy z doprowadzoną bocznicą kolejową. Dziś niestety niszczeje nikomu niepotrzebny. Niedługo nie zostanie po nim ani śladu. Kiedyś po zbiorach ustawiały się do niego długie kolejki, które stały czasami nawet przez całą noc czekając na rozładunek. Z daleka słychać było pracę wentylatorów, a w powietrzu unosił się miły zapach,podobny do zapachu świeżo upieczonego chleba. Samochodów i motocykli było mało, więc i ruch na ulicy był niewielki. Ożywiała się jedynie wcześnie rano, kiedy rozpoczynano pracę w Spółdzielni Mechaników Samochodowych oraz kiedy ją kończono o godz 15.00. Tłumy pracowników szły śpiesznym krokiem w kierunku centrum miasta. Sytuacja poprawiła się, kiedy to w początkach lat 60-tych doprowadzono linię autobusową nr 8 komunikacji miejskiej. Autobus kursował od Spółdzielni Mechaników (FUB) przez centrum miasta, aż na Górę Chełmską. Dopiero później końcowym przystankiem był szpital miejski. Od wiosny do późnej jesieni spotkać można było także wielu działkowiczów jadących rowerami lub najczęściej idących pieszo do swoich wypielęgnowanych ogródków. Często mieli ze sobą różne narzędzia, bądź też kosze i wiadra na plony. W drodze powrotnej dumnie nieśli bukiety kwiatów, ciężkie kosze i wiadra wypełnione dorodnymi owocami i warzywami. Czasami wszystko to transportowali starymi wysłużonymi wózkami dziecięcymi bądź drewnianym wózkiem ciągnionym za dyszel. To był bardzo swojski widok. W tamtym czasach ludzie byli bardzo otwarci i chętnie ze sobą rozmawiali, nawet, jeżeli nie znali się wcześniej. Nawiązywane łatwo kontakty czasami przeradzały się w dłuższe znajomości, czy nawet przyjaźnie. W dni targowe z kierunku Niekłonic jechały furmanki, które wiozły kartofle, zboże, świnie, prosiaki i owce na koszaliński rynek. Niekiedy za wozem podążały uwiązane na postronku krowy i cielaki. Kobiety najczęściej prowadziły rowery objuczone wiadrami ze śmietaną, torbami pełnymi swojskiego masła, twarogu, jaj i żywy drób. Wracały późnym popołudniem nie mniej obładowane towarami zakupionymi w mieście. Na Lechickiej mieszkało się przyjemnie i spokojnie. Jedynym mankamentem były sklepy, a raczej ich brak. Najbliższe znajdowały się dopiero na skrzyżowaniu z ulicą Lutyków. Były tam dwa sklepy spożywcze, „Lechia” MHD i obok sklep prowadzony przez PSS „Społem”. Tak więc, aby dokonać podstawowych zakupów trzeba było trzeba przejść pieszo ok. dwóch kilometrów. Ulica Lechicka kojarzyła się koszalinianom głównie z działkami, ciuchcią i Spółdzielnią Mechaników Samochodowych, czyli FUB-em. Sąsiedztwo domu, w którym mieszkaliśmy z tym zakładem na szczęście nie było czymś uciążliwym. Wręcz odwrotnie w pewnym stopniu było to nawet korzystne. Najbliższy telefon, z którego w nagłym przypadku można było skorzystać był właśnie tam. Podobnie było z pomocą lekarską, bo mieściła się tam zakładowa przychodnia lekarska. Spółdzielnia Mechaników istniała od końca 1945 roku i składała się wielu warsztatów m.in. na ulicy Kaszubskiej, a swoją główną siedzibę miała właśnie tutaj. Początkowo zajmowali się naprawami poniemieckich samochodów ciężarowych. Pamiętam doskonale, kiedy to w końcu lat 50-tych i początkach 60-tych budowano tutaj na podwoziach „Stara” a później „Skody” autobusy „Bałtyk”. Zakład miał znaczenie strategiczne, bo poza autobusami produkowano tu głównie dla wojska nadwozia cystern, betoniarek i podnośników montażowych. Lechicka kojarzy mi się jeszcze z czymś bardzo niezwykłym. To tabory wędrujących cyganów. Jako dziecko byłem przed nimi ostrzegany, że kradną, ba straszony, że porywają dzieci. Chyba się ich nawet trochę bałem, ale niewiele sobie z tego robiłem. Dziecięca ciekawość brała górę. Nigdy nie zapomnę tych bajecznie kolorowych wozów, które wolno, wręcz majestatycznie ciągnione przez zaprzęgi konne jechały w kierunku Niekłonic. Niektóre wozy miały duże prawie panoramiczne okna, przez które dostrzec można było ładnie urządzone wnętrza i ich mieszkańców. Śniada karnacja skóry, ciemne oczy, kruczociemne włosy i charakterystyczne długie kolorowe sukienki Cyganek. Folkloru dodawał ich niezrozumiały dla nas język, którym posługiwali się między sobą. Nikt nie wiedział, dokąd jadą i gdzie się zatrzymają na dłużej. To był całkiem inny pełen tajemnic świat...
Kuźnia kadr medycznych
Wspomina:
Feliksa Pałasz
Do pracy w Zespole Szkół Medycznych zwerbowała mnie dyrektor do spraw zawodowych Krystyna Homenda. Były to czasy, gdy przedstawiciele zakładów pracy przyjeżdżali do uczelni i zachęcali do zatrudnienia się u nich. Umiejętnie zareklamowała szkołę i miasto, w którym rozpoczęłam pracę we wrześniu 1975. Koszalin był odrestaurowany ze względu na Centralne Dożynki z I. sekretarzem Edwardem Gierkiem i bardzo mi się podobał. Część kadry i młodzież była zaangażowana w przygotowanie gali i rok szkolny rozpoczęliśmy dopiero po po dożynkach. Szkoła była nowa, oddano ją do użytku 08.01.1968, położona na obrzeżach miasta blisko szpitala i lasu, dobrze zorganizowana i rozsądnie zarządzana przez dyrektor Katarzynę Szymańską. Od początku byłam przekonana, że dobrze wybrałam, w tej szkole chcę pracować i w tym mieście żyć. Zawody, do których przygotowywano zmieniały się w zależności od zapotrzebowania. Kształciliśmy pielęgniarki, położne, opiekunki dziecięce, higienistki stomatologiczne, techników dentystycznych, techników analityki medycznej i ratowników medycznych. Od roku szkolnego 1991/92 zmienił się system kształcenia i nie było naboru do 5–letniego liceum pielęgniarstwa, a w 1995 roku szkołę opuściły ostatnie absolwentki szkolone w tym systemie. Zmniejszyła się liczba słuchaczy i tym samym pracy nie będzie dla wszystkich nauczycieli. W tej sytuacji z dniem 1.09.1995. przeszłam na emeryturę. 1.10.2009. w budynku szkoły powołano Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, gdzie wśród kilku kierunków kształcenia jest pielęgniarstwo, absolwenci uzyskują wykształcenie wyższe pierwszego stopnia. Od 01.03.2012. rektorem uczelni jest dr Jan Kuriata. Świat idzie do przodu, przeżyłam nie tylko likwidację czepków, ale i szkół pielęgniarskich.
Dojrzewanie
Wspomina:
Ewa Korsakowska
Decyzja o budowie kościoła znanego dzisiaj p.w. Ducha Świętego w Koszalinie wzbudzała kontrowersje. Osobiście też ironizowałam słowami I. Krasickiego "Bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki." Kościół wybudowano. Przez jakiś czas obok rozstawiano wesołe miasteczko, które 15 czerwca instalowało się w Mielnie (czy ktoś to jeszcze pamięta?).Powoli zmieniało się otoczenie kościoła. Rosły drzewa, moje wnuki też. Przyjeżdżały do mnie na wakacje, żeby nie mącić im w głowach chodziłam z nimi do tego kościoła, w którym z biegiem lat, zaczęłam wyczuwać jakąś specyficzną aurę, która działała na mnie kojąco. Dwójka wnuków zamieszkała u mnie, z uwagi na możliwość uczęszczania do szkoły muzycznej. Dodatkowo chodziły na tzw. spotkania oazowe. Opowiadały mi co robią i o czym rozmawiają z księżmi opiekującymi się oazą. Jednocześnie oglądałam mnóstwo programów o problemach z dorastającą młodzieżą, żeby sprostać kłopotom z moimi wnukami, gdy nadejdą. NIE NADESZŁY. Wtedy zdałam sobie sprawę, że Kościołowi p.w. Świętego Ducha zawdzięczam nowe -bezproblemowe CUDOWNE LATA z moimi wnukami. Na nowo polubiłam siebie.
Wspomnienia warszawskiego koszalinianina
Wspomina:
Andrzej Gierczyński
Co za przewrotny tytuł!? Albo się jest warszawiakiem, albo koszalinianinem! To prawda, ale… nie do końca, co Wam postaram się dowieść. Urodziłem się w Warszawie, tu przeżyłem całe Powstanie (w piwnicach przy ul. Próżnej – zaledwie kilkadziesiąt metrów od budynku słynnej PAST-y zdobytej przez powstańców 20 sierpnia 1944 roku). Tu się uczyłem, spędziłem całe dzieciństwo i młodość. Tu studiowałem na Politechnice unikalną wówczas specjalizację - „elektronikę medyczną”. Tu się zakochałem i ożeniłem ze studentką Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. I gdy urodził się nam syn i z trudem „wiliśmy” sobie gniazdko rodzinne – nastąpił szok!!! (dla mnie). Okazało się, że moja żona musi „odpracować” stypendium fundowane! (dla młodych czytelników wyjaśnienie: takie stypendia fundowały zakłady pracy w zamian za konieczność odpracowania u nich odpowiedniego czasu pracy – chcielibyście „coś takiego” teraz?). Okazało się, że musimy na minimum dwa lata opuścić Warszawę i wyjechać na Pomorze Środkowe – do Słupska. Żona, jako lekarz medycyny, miała zagwarantowaną pracę, ale ja – z taką specjalnością? Okazało się jednak, że właśnie w Słupsku istnieje „baza konserwatorska” sprzętu i aparatury medycznej. Zatrudniała 10 techników, mistrzów i czeladników – ja byłem pierwszym inżynierem na terenie całego ówczesnego województwa koszalińskiego (obejmujący obszar od Sławna przez Bytów, Miastko, Człuchów, Koszalin, Białogard, Kołobrzeg, Świdwin, Połczyn, Szczecinek aż po Wałcz). Zakłady w Słupsku klasyfikowane były w 1966 roku na 15 miejscu w Polsce (przedostatnim!). Już w 1971 roku byliśmy na pierwszym miejscu, aby w następnych latach (jak mówią sportowcy) „nie schodzić z pudła”. Dokładnie czterdzieści lat temu – w 1974 roku wybudowano nowe Zakłady Naprawcze Sprzętu Medycznego w Koszalinie przy ul. Słowiańskiej (zdjęcie). Nowe pomieszczenia, nowe kadry (w połowie lat osiemdziesiątych załoga liczyła ponad 200 osób!), nowe rozwiązania techniczne i patenty. O koszalińskiej technice medycznej „mówi się” w Polsce. Organizujemy dwie pierwsze Ogólnopolskie Giełdy Projektów Wynalazczych w 1976 i 1978 roku (zdjęcie). Przynoszą one dalsze sukcesy twórcom unikalnych urządzeń wykorzystywanych w służbie zdrowia. Po przełomie 1989 roku następuje krótki kryzys zażegnany przez sprywatyzowanie Zakładów Techniki Medycznej (zmieniono nazwę) i przejęcie ich przez wieloletniego pracownika, a później dyrektora tych zakładów. Obecna spółka Meden-Inmed rozwija się dynamicznie i już dawno wyprzedziła w sukcesach technicznych dawne „historyczne” ZTM. Koszalin nadal „liczy się” w technice medycznej na mapie Polski, a Politechnika Koszalińska dostarcza na rynek wykształconą w tej specjalności kadrę inżynieryjną. I pomyśleć, że miałem tu szybko odpracować dwa lata i wrócić do Warszawy – a ile minęło? Od 1966 roku – już 48!!! Może dożyję „pięćdziesiątki”? Chyba teraz rozumiecie tytuł tych krótkich wspomnień. Mimo paradoksu – ma jednak on swój sens!
Odnaleziona po... czterdziestu latach
Wspomina:
Maria Pluta
Iwona była koszalinianką, wynajmowała pokój u mojej siostry, tam ją poznałam. Pracowała w Powiatowym Domu Kultury. Pogodna, pełna optymizmu, o rozbrajającym uśmiechu. Zaprzyjaźniłyśmy się. Było to czterdzieści lat temu w miasteczku odległym o sto kilometrów od Koszalina. Zmieniła pracę i wyjechała z powrotem do Koszalina. Kontakt się urwał. Mijały lata, dużo się działo. Wyprowadziłam się do Koszalina, i jako świeżo upieczona emerytka zapisałam na Uniwersytet Trzeciego Wieku. To dobry powód, by wyjść z domu i realizować swoje marzenia, pragnienia, na które wcześniej brakowało czasu. To możliwość poznania nowych ciekawych ludzi. W czerwcu każdego roku organizowane są w Warszawie ogólnopolskie Juwenalia Uniwersytetów Trzeciego Wieku. UTW Koszalin promuje tam osiągnięcia artystyczne słuchaczy w tańcu, chórze, malarstwie, fotografii i poezji. To energetyczna impreza, promująca poprzez uczestnictwo również miasto Koszalin. Tu można starzeć się pięknie. W hotelu zamieszkałam z opiekunką chóru. Wieczorem zapytała, czy nie będzie mi przeszkadzać próba chóru w pokoju, przed występem w teatrze. Nie, nie będzie. Z ciekawością posłucham. Występy odbywają się teatrze Palladium i kultowych Hybrydach na ulicy Złotej, u stóp Pałacu Kultury i Nauki. Przyszło kilkanaścioro rozśpiewanych chórzystów. To był ich debiut na Juwenaliach. Miałam robić za „widownię.” Jedna z chórzystek Hania z twarzy kogoś mi przypominała, ale tyle się działo, że nie myślałam o tym długo, chociaż ożyło jakieś mgliste wspomnienie wydobywające się z głębin pamięci. Pomyślę później. Teraz chcę się bawić! Gwarny i wesoły powrót do domu po imprezie. W autokarze siedziała obok i znowu zerkając w jej stronę myślałam, że… kogoś mi przypomina. Znajomy, a zapomniany uśmiech. Strzeliłam i zapytałam, czy ma siostrę Iwonę. Tak, ma siostrę Iwonę. Ogromna radość, niecierpliwe i chaotyczne pytania - co u niej? Wymiana telefonów, adresów mailowych i nawiązany ponownie kontakt po czterdziestu latach. Koszalin wciąż mile zaskakuje.
Zawodnicy Gwardii Koszalin
Wspomina:
Redakcja portalu
Wykonane w 1959 roku zdjęcie przedstawia zawodników Gwardii Koszalin. Fotografię przekazała nam Ewa Korsakowska. Z zapisanej ręcznie notatki na odwrocie można odczytać nazwiska niektórych bohaterów fotografii. Pozujący na niej żołnierz to sierżant Ekert, natomiast stojący po jego prawej stronie zawodnik to Mieczysław Statkiewicz.
Przyjazd do Koszalina
Wspomina:
Jadwiga Sobieraj
Przyjechaliśmy do Koszalina w 1945r. Zakwaterowano nas w budynku szkoły nr 2. Obok budynku wykopano 7 ciał, co było przykrym wydarzeniem dla mnie. Poźniej przekwaterowano nas do baraków przy obecnej ul. Drzymały. Następnie zamieszkaliśmy w Sarzynie. Potem przenieśliśmy się do Koszalina, gdzie uczęszczałam do szkoły nr 1 i LO im. Dubois. Na zdjęciu jestem w mundurku liceum. W tle stary Koszalin w okolicach katedry.
Koszalińskie lwy
Wspomina:
Ewa Korsakowska
Piękne koszalińskie kamienne lwy – regularnie obcałowywane, obściskiwane i dosiadane przez piękne koszalinianki – czują się na pewno szczęśliwsze od kamiennych lwów sprzed pałacu prezydenckiego w Warszawie, które niedawno zniknęły, może z tęsknoty za pieszczotami? Do koszalińskich lwów niektórzy mieszkańcy mają pretensję, że nie obroniły Koszalina przed utratą statusu miasta wojewódzkiego.
Przed dożynkami
Wspomina:
Korsakowska Ewa
Koszalin lata 70-te. Przed przyjazdem Edwarda Gierka na dożynki ogólnopolskie, malowałam wraz koleżeństwem ławki na stdionie "Gwardia". Było to oczywiście w ramach czynu społecznego, w którym wszyscy chętnie uczestniczyli.
Kiedyś rosły tu słoneczniki
Wspomina:
Alicja
Przy Osiedlu Morskim przez ponad 30 lat były ogródki działkowe. Były to działki tymczasowe, położone na terenie należącym do miasta. Miasto miało w planie na terenie działek zrobić drogę łączącą tę część miasta z Osiedlem "Przylesie". Jednego roku na naszej działce wyrósł okazały słonecznik, co upamiętniliśmy na zdjęciu. Działki były wspaniałym miejscem relaksu dla dużej  części  mieszkańców  osiedla.   Innym  relaksem,  ale  również  atrakcyjnym  były  spacery   nad  morzem.  Przylatywały  wówczas  nad  morze  łabędzie,  co teraz  raczej  się   nie  zdarza. W  ubiegłym  roku rozpoczęto  budowę drogi łączącej ulicę Szczecińską z Osiedlem "Przylesie". Ponieważ droga będzie przebiegała w pobliżu Osiedla "Morskie" już są prowadzone prace przygotowujące postawienie ekranów wytłumiających hałas przejeżdżających samochodów.

Additional information